DOPASOWANIE MA SENS TYLKO WTEDY, GDY DZIAŁA W DWIE STRONY

Z wiekiem i doświadczeniem coraz wyraźniej widzę, jak wysoką cenę płacimy za nieustanne dopasowywanie się do miejsc, ludzi i ról, które wymagają od nas bycia kimś innym, niż jesteśmy naprawdę. I ta cena rzadko jest widoczna od razu. Ona kumuluje się w zmęczeniu, w cichym napięciu, w poczuciu, że mimo sukcesów coś jednak jest nie tak. Z zewnątrz wszystko może wyglądać poprawnie – stanowisko się zgadza, zakres obowiązków jest ambitny, wynagrodzenie w porządku – a w środku rośnie wrażenie, że funkcjonujemy na autopilocie.

Przez lata wielu z nas uczono, że to my mamy się dopasować. Do organizacji, do stylu lidera, do zespołu, do kultury pracy, do „tak tu się robi”. Elastyczność była przedstawiana jako synonim profesjonalizmu. I sama wierzę, że elastyczność jest wartością, dopóki nie zaczyna oznaczać systematycznego rezygnowania z własnych granic, sposobu komunikacji, tempa pracy czy wartości. Bo jest różnica między adaptacją a ciągłym rezygnowaniem z siebie po to, by nie odstawać od innych.

Z czasem zaczynamy rozumieć, że nie każde miejsce jest dla nas i że wcale nie musi być. To odkrycie bywa uwalniające, ale wcześniej często towarzyszy mu rozczarowanie. Bo przecież „powinniśmy dać radę”. Bo inni jakoś funkcjonują. Bo może to z nami jest coś nie tak. Tymczasem bardzo często nie chodzi o kompetencje ani zaangażowanie, tylko o niedopasowanie wartości, stylu pracy, sposobu podejmowania decyzji czy komunikowania trudnych tematów.

Dopasowanie nie działa, jeśli wysiłek wkłada tylko jedna strona. Jeśli jedna osoba stale analizuje każde zdanie przed jego wypowiedzeniem, kontroluje reakcje, zastanawia się, czy już jest wystarczająco dobra, czy nadal spełnia czyjeś oczekiwania. W takiej konfiguracji energia idzie nie w rozwój, tylko w przetrwanie, a to jest ogromna różnica.

Widać to zresztą w każdej relacji – zawodowej i prywatnej. W tym, czy możemy być sobą bez nadmiernego napięcia, bez ciągłego sprawdzania, czy przypadkiem nie powiedzieliśmy czegoś za ostro. Czy mamy przestrzeń na własne zdanie. Czy możemy działać w zgodzie ze swoim stylem, nawet jeśli różni się on od stylu innych. Jeśli na co dzień funkcjonujemy w trybie nieustannego samokorygowania, trudno mówić o realnym dopasowaniu.

Realna ulga pojawia się dopiero wtedy, gdy przestajemy na siłę próbować być kimś innym tylko po to, żeby gdzieś pasować. To nie jest bunt ani rezygnacja z ambicji. To raczej świadoma decyzja, że nasza tożsamość zawodowa nie może być budowana wyłącznie na oczekiwaniach innych. Że możemy rozwijać kompetencje, uczyć się nowych rzeczy, poszerzać perspektywę, ale nie kosztem własnych fundamentów.

Dojrzałość zawodowa coraz rzadziej polega na tym, by odnaleźć się wszędzie. Coraz częściej na tym, by wiedzieć, gdzie naprawdę warto być. Gdzie nasze mocne strony są zasobem. Gdzie sposób myślenia nie wymaga ciągłego tłumaczenia. Gdzie każdego dnia nie trzeba udowadniać swojej wartości.

Bo kiedy trafiamy do miejsca, w którym nie trzeba stale się dopasowywać, coś wyraźnie się zmienia. Zostaje więcej energii na decyzje, na inicjatywę, na odwagę w proponowaniu nowych rozwiązań. Pojawia się większa lekkość w działaniu i większa odpowiedzialność, nie ta wynikająca ze strachu, ale ta wynikająca z poczucia sensu.

I może właśnie na tym polega jedna z ważniejszych lekcji zawodowych: nie chodzi o to, by wszędzie pasować. Chodzi o to, by znaleźć miejsca, w których możemy być sobą i dzięki temu naprawdę wnosić wartość do organizacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *